Klub dla samotnych serc.

Standardowy

         Powiem wam w wielkiej tajemnicy, że byłam kiedyś członkiem internetowego Klubu dla samotnych serc. Skoro to świetna zabawa, to czego tu się wstydzić? Klub był anonimowy, bo jakżeby inaczej, dzięki czemu dawał swobodę, wręcz podpuszczał do swawoli, żeby nie powiedzieć rozpusty. Ten świat był prawie idealny. Każdy mógł się w nim odnaleźć, co więcej czuć się jak w rodzinie. Składał się ze zbłąkanych dusz, samotników, eksperymentatorów i takich jak ja, czyli atrakcyjnych inaczej. W wirtualnym świecie każdy mógł liczyć na pocieszenie, komplement a nawet na przyjaźń. Wymienialiśmy się spostrzeżeniami, doświadczeniami, żartowaliśmy z siebie czy z innych. Z czasem zaczęliśmy się spotykać w różnych konfiguracjach podczas potajemnych pikników czy dorocznych biesiad przy suto zastawionych stołach. Wtedy dopiero wychodziło na jaw, kto kryje się pod pseudonimem Jesica, Ryjek, Profesorek czy Lachon. Było bosko. Do czasu. W jaki sposób zniszczyć idyllę? Trzeba stworzyć zasady.

         Pewnego dnia, kiedy klub rozrósł się do niebotycznych rozmiarów, Założyciel Klubu zaproponował stworzenie Rady Dyrektorów. Cóż to były za emocje. Każdy chciał zostać Dyrektorem „od czegoś”. Jak w każdym cywilizowanym społeczeństwie Rada miała być wybrana demokratycznie, ale jak tu przeprowadzić głosowanie w tej nietuzinkowej sytuacji. Wszak kiedy na horyzoncie pojawiły się możliwości społecznego awansu, każdy chciał głosować na siebie. Ostatecznie Założyciel sam wybrał całą Radę. Tym sposobem powstało dziewiętnaście Departamentów, którymi zawiadywali Dyrektorzy, a każdy miał swojego Zastępcę, Asystenta i Rzecznika Prasowego. Mnie nie przypadła żadna funkcja, odchorowałam, ale dziś nie żałuję. Dyrektorem Departamentu Obrony został Gapcio, Departamentu Czystości Słowa został Filutek a Kontroli Jakości Związków została Mortadela. Mogłabym wymieniać kolejne osoby, ale po prostu przestałam to ogarniać. Poszczególne Departamenty miały za zadanie pilnować różnych aspektów klubowego życia, począwszy od doboru odpowiednich członków, poprzez kontrole ich wypowiedzi, kontakty wewnątrz i na zewnątrz grupy a nawet uzyskiwanie zgody na posunięcia stricte prywatne. Żeby było ciekawie Założyciel znów przestał nad tym panować, bo Dyrektorzy powagą swojego stanowiska zaczęli między sobą walczyć o dominację nad resztą członków Rady i zrobił się chaos. Żeby jakoś nad tym zapanować, zaczął szczuć jednych przeciwko drugim i w ten sposób udało mu się stworzyć dobrze funkcjonującą organizację składającą się z członków czystej rasy, czytaj lojalnych tylko wobec Założyciela. Deja vu?

          Wypisałam się. A może tylko się obudziłam? Sama nie wiem. Tylko jakby coś, mąż o niczym nie wie. Ani o tym, że należałam, bo by się wściekał z zazdrości, ani o tym, że się wypisałam, bo by się ze mnie śmiał. Pa.

Miłość z natury niemożliwa. Część pierwsza.

Standardowy

rhino      

Wielkanocny prezent :)

„Miłość z natury niemożliwa”

Ktoś mógłby powiedzieć, że to miłość jak z obrazka. I słusznie. Oboje jesteśmy uwięzieni w rycinach, które obrazują nasze zmysły, naszą naturę. Każdy inną. Ona jest kolorowa i piękna, nawet z zamkniętymi oczami i z jakby krzyczącą buzią. Ja jestem wizerunkiem gruboskórnego ssaka z dumnie brzmiącą łacińską nazwą. Jesteśmy tylko rysunkami? A może nasza historia jest prawdziwa, tylko dzieli nas przepaść? Ona jest młoda, urodziwa, a ja? Wmawiam wszystkim, że mam czterysta lat. To mój kamuflaż. Tyle powinno wystarczyć. Przy niej mam ochotę się obnażyć. Wyjawić swą tajemnicę. Uczucia, jakimi ją darzę, są nieskazitelne. Spłoszone, ale czyste. Ktoś mógłby powiedzieć, że taka miłość się nie zdarza.

*

Poznaliśmy się cztery miesiące temu. Raczej nawiązaliśmy pierwszy kontakt. Byłem stałym bywalcem mało znanego portalu dla zbłąkanych dusz. Szukamswojejdrugiejpolowki.pl. Dlaczego tam bywałem? Przecież nie szukałem żadnej brakującej części siebie. Tym bardziej połowy. Mnie nic nie brakowało. Może po prostu lubiłem się zabawić. Mogłem poudawać kogoś, kim nie byłem. Tworzyłem zatem fikcyjnego bohatera, któremu nadawałem nadprzyrodzone cechy. Powstały w ten sposób mitoman brylował, był mentorem, nawet idolem. Nikt nie wiedział jak wyglądam, bo ukrywałem się za wizerunkiem czterystuletniego bydlęcia. Było mi z tym dobrze. Mogłem robić i mówić, co zechcę. Nikt nie zwróciłby mi uwagi, zwłaszcza, że taki wiek powszechnie budził szacunek. Nie podrywałem, raczej flirtowałem. Moja metoda pozyskiwania przyjaciół nie ograniczała się do durnych żarcików. Moje były wysublimowane. Jak przystało na osobnika o sporym doświadczeniu. Doceniali je przedstawiciele obojga płci. Budowałem wizerunek starego dziada, ale z duszą młodzieńca. Uwierzyli. Kiedy pojawiła się ona, wszystko zaczęło się sypać.

Najpierw wziąłem ją za kogoś innego. Szydziłem, ale z klasą. To mnie jednak się oberwało i długo nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Przez kilka dni obserwowałem samotnie. W tym czasie ona przejęła pałeczkę. To z jej żartów się śmiano i jej słowa budziły zachwyt, kiedy zabrakło moich. Zdenerwowało mnie to. Jak to, ona bryluje? Ona? W moim świecie? Tu ja jestem mistrzem ceremonii. To mnie należą się laury. Kiedy się zorientowałem, że tracę miejsce na tronie, przystąpiłem do kontrnatarcia. Wywiązała się rywalizacja. Schlebiało mi, kiedy szybko podniosła rzuconą przeze mnie rękawicę. Rywalizowaliśmy nie jak mężczyzna z kobietą, ale niczym dwa samce. Po męsku. Skrobałem kopytem ubitą ziemię, a z nozdrzy buchały mi opary piekielnego testosteronu. Bardzo chciałem szybko zwyciężyć. Upokorzyć, wręcz zmiażdżyć. Byłem bliski sukcesu. I wtedy wydarzyła się rzecz okropna. Myślałem, że to rywalizacja, że staniemy w szranki, złapiemy się za bary i moje blisko półtonowe cielsko rozniesie w pył tę drobną rywalkę. Ale ona mnie jednak zaskoczyła. Trafiła na moją piętę achillesową. Skąd mogła wiedzieć, że jestem łasy na komplementy? Niby takie z cicha pęk, ale miłe. Czułem jak moja męskość topnieje w morzu ciepłych słów. Czyżby faktycznie spodobały się jej moje słowa? Dlaczego to robiła? Rozbroiła mnie. Chciałem zagadać, ale udała, że mnie nie zna, że zmieniła się w jakąś smutną rzeźbę na niebieskim tle. Kamuflowała się. Czułem, że ze mnie szydzi. I wtedy się zaczęło. Wściekałem się. Znów odezwała się moja męskość. Stara ale jara. Dzika, namiętna, potężna. Czułem się upokorzony. Zdobyty. Pokonany. W dodatku nie odzywała się, a ja tak czekałem na jej komplementy. Boże, jak ja za nią tęskniłem. Szalałem. Wiłem się z bólu swojej bezradności. Umierałem.

Na pomoc wezwałem Truskawkę. Nie wiedziałem, jak naprawdę wygląda, ale imponowała mi swoim polotem. Czułem, że mnie wesprze w taki sposób, że nikt się nie zorientuje. Przecież sam nie mogłem okazać zainteresowania. To nie było w moim stylu. To nie ja. Ja jestem zdobywcą serc. To nie mnie się zdobywa. Ja tak łatwo się nie zakochuję. Mam opinię samca samotnika. Niedostępnego, o czarnym charakterze. Truskawka okazała się bardzo skuteczna. Do końca swego nędznego życia będę jej wdzięczny za to, że wtedy zrozumiała moje intencje, że wzięła wszystko na siebie. Że mnie nie wydała. Że dzięki niej wróciła ona. Moja muza. A wystarczyło kilka banalnych trików. Wystarczyło mojej bogini okazać trochę szczerego, nieskazitelnego zainteresowania. Tylko tyle. O ja głupi.  

Boże, jak ja się cieszyłem. Mogłem sobie na nią patrzeć, po cichu wzdychać, mamrotać ciche afrykańskie zaklęcia przywołujące ducha miłości. Chciałem, by nas połączył, by wzbudził w niej uczucia podobne moim. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Że mój oddech zależy od niej. Od jej kaprysów i humorów. Zauważyłem, że jem jej z ręki. Każde jej słowo powodowało u mnie ślinienie. Wizyta u przyjaciela rozwiała moje wątpliwości:

- Mój drogi, ależ ty jesteś zakochany! Współczuję – podsumował przyjaciel mój czterogodzinny monolog.

- I co ja mam teraz zrobić? – spytałem zatroskany.

- Albo ją uwiedź, albo się odkochaj. – Też mi rada. Mądrala się znalazł.

- Mówmy o rzeczach realnych. – Wiłem się jak w matni.

- To ona jest Rosjanką, tak? – zapytał.

Kiwnąłem głową.

– Wiesz, co takie lubią najbardziej?

Zaprzeczyłem.

– One są romantyczkami. Wiem, że to dla ciebie kompletnie obca planeta, ale jeśli chcesz ją zdobyć, powinieneś zmienić swoją postawę. Schowaj na chwilę swą męskość, te nozdrza buchające testosteronem i złowieszcze oczy. Tu jest potrzebna odrobina delikatności. Kiedy się spotkacie, będzie tobą oczarowana.

- To co ja mam zrobić? – spytałem.

- Nie wiem. Może zapisz się na balet. Rosjanki uwielbiają balet. Na pewno zrobisz na niej wrażenie.

Masz ci babo placek. Ja romantyczny? To żart? Znalazł się przyjaciel od siedmiu boleści. Doradził mi też naukę gry na jakimś instrumencie. Zaproponował flet. Że niby taki delikatny, kruchy, wiotki i przyjemny w odbiorze. Kiedy nauczę się grać na tym instrumencie, ona zakocha się we mnie? Akurat.

- Jeśli mam szansę ją zdobyć, uczynię wszystko. Nawet nauczę się tańczyć. Ale z tym fletem to przesada. – Walczyłem sam ze sobą.

- To dobrze ci zrobi – kontynuował przyjaciel. – Poprawi ten gruboskórny wizerunek ciężkiego bydlęcia z rogiem na głowie i krępym dupskiem.

Minęły raptem dwa dni, a już byłem zapisany do szkoły baletowej i na lekcje gry na flecie. Rozważałem też harfę, ale wydała mi się za mało delikatna. Z rozpędu zapisałem się również na kurs malowania akwarelami. Tak na wszelki wypadek, gdyby się okazało, że moja romantyczna dusza potrzebuje innych środków wyrazu.

Ciąg dalszy nastąpi…

Miłość z natury niemożliwa. Część druga.

Standardowy

Zanim przeczytasz część drugą, proponuję zacząć od pierwszej.

*

Nawet nie miałem pojęcia, że balet to taka mordęga. Zwłaszcza dla kogoś takiego jak ja. Wdrażanie planu zacząłem od zdobycia stosownego obuwia. Niestety okazało się, że zarówno baletki, jak i tak zwane pointy nie są produkowane w rozmiarach zbliżonych do moich kopyt. Musiałem zlecić uszycie na miarę. Pointy kosztowały sporo, ale trudno. Różowa sukieneczka z tiulu dała się włożyć zaledwie do kolana. Jednego. W związku z tym musiałem nabyć cztery. Wyglądałem jak hipis w oczojebnych dzwonkach, ale nieważne. Moja nauczycielka, Madame, namówiła mnie jeszcze na zakup akcesoriów do makijażu.

- Pani chyba żartuje – oburzyłem się.

- Każdy tancerz musi być zawsze lekko podmalowany. Nawet płci męskiej. – Madame z przekonaniem pozbawiła mnie złudzeń.

Zaproponowała, bym kupił tusz do rzęs i cielistą szminkę. Że niby taki nienachalny kolor, ale z efektem wyróżnienia. W moim przypadku cielisty kolor to prawie jak kolor skóry nosorożca, dlatego dla wzmocnienia prezencji wybrałem wersję zawierającą złotawy brokat. Madame nie wiedziała, że w domu, kiedy nikt mnie nie widział, malowałem policzki różowym pudrem, który kupiłem w tajemnicy. Ten styl co prawda mocno kłócił się z moim image macho, ale nie dbałem o to. Wszak cel uświęca środki, a mój cel był zaledwie na wyciągniecie kopyta. Chciałem poczuć tę wrażliwość.

W końcu nadszedł dzień pierwszych ćwiczeń. O mój Boże. Wielka sala z poręczami i ścianą luster. I to pogrubiających. Chyba po to, by przypominały tancerkom ich odwieczną walkę z wagą. A co ja mam powiedzieć? Na starcie poczułem się gorszy. Wszedłem nieśmiało, lekko zawstydzony, drobiłem kroki jak Japonka. Ze dwadzieścia młodych tancerek szykujących się do zajęć na widok mojego stroju parsknęło śmiechem. Madame zaproponowała bym na przyszłość lepiej założył spodnie z lycry. Że niby taka moda. Ja, rajtki? Kolejna inwestycja? I pewnie muszę kupić dwa komplety? Jedne na przód, drugie na tył. No dobrze, kupię, ale teraz już zacznijmy. Było mi wszystko jedno. Chciałem szybko skupić się na celu i zbagatelizować swój wstyd.  

- Zaczniemy od czegoś prostego – powiedziała Madame. – Pozycja pierwsza. Proszę powtarzać za mną.

Zatkało mnie. Madame wykręciła stopy na zewnątrz i ustawiła je w jednej linii. Połączyła zgrabnie pięty i delikatnym ruchem ustawiła ręce w półkolu przed sobą.

- Tylko palce nie mogą się stykać. Teraz pan. – Madame uśmiechnęła się i pokiwała głową na znak zaproszenia.

Młode tancerki płakały ze śmiechu. Zgłupiałem. Popatrzyłem na Madame z przerażeniem. Chyba nie zdawała sobie sprawy, czego ode mnie oczekuje.

- W takim razie może Balance – zaproponowała Madame.

- A co to takiego? – zdziwiłem się.

- Podczas przeskakiwania z nogi na nogę proszę wykonać demi plie, potem podnieść na pół palce. To ma być miarowy ruch. Kołysanie. Potem przejdziemy do czegoś trudniejszego: Allegro z dużą ilością skoków i techniką palcową. Będzie panu ciężko na tych pointach, ale bez tego nie ma baletu.

Te ćwiczenia przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jaki we mnie drzemie talent. Pomimo, że za każdym podskokiem trzęsła się podłoga, kołysanie wychodziło mi doskonale. To naprawdę był miarowy ruch. Efekt skrywanej od dzieciństwa miłości do rytmiki. Wystukiwanej kopytem. To było prawie stepowanie. Nawet nieźle mi szło. Wpadłem w lekki trans. Niczym zahipnotyzowany oddałem się ćwiczeniom. Mogłem myśleć o obiekcie moich marzeń, o niej. Wtedy naprawdę poczułem, że romantyczna natura staje się moim drugim, a nawet pierwszym ja. Usłyszałem coś o tupaniu, ale zbagatelizowałem. Wyobrażałem sobie, że tuptam swoimi kopytkami Bolero Ravela. Przed nią. Ona patrzy i podziwia, a ja tuptam coraz szybciej i mocniej. Najpierw jednym kopytkiem, potem dwoma, potem czterema, Potem ryczę. Wyję. Eksplozja emocji. Tup, tup, tup.

 - Proszę przestać tupać! – krzyknęła Madame, budząc mnie z letargu.

Nie zdawałem sobie sprawy, że moje podskoki zagłuszały muzykę, że zniszczyłem podłogę i rozdarły się moje pointy. Trudno. Przewidziałem straty. Nie tylko finansowe, również moralne. Tancerki nie mogły oddać się swoim ćwiczeniom. Leżały na podłodze i trzymały się za te chude brzuchy. I co z tego, że się ze mnie śmiały? Miałem to gdzieś. Choć było mi szkoda, kiedy Madame wyrzuciła mnie z zajęć.

Z graniem na flecie poszło jeszcze gorzej. W sumie nie ma takiego instrumentu, który dałby się obsługiwać bez palców, zwykłymi kopytami. Zwłaszcza w stosownym filuternym tempie. Podobnie poszło z malowaniem akwarelami. Wszystko mi się rozmazywało i zamiast wesołych, lirycznych obrazków, wychodziły płaczące, chimeryczne bohomazy. Postanowiłem połączyć wszystkie trzy nowe pasje i w domu słuchając fletni Pana ćwiczyłem nowo poznaną figurę baletową, której nauczyła mnie Madame. Kiedy zamykałem oczy, wyobrażałem sobie moją boginię. W akwarelach.

*

Ciąg dalszy nastąpi… 

Miłość z natury niemożliwa. Część trzecia. Ostatnia

Standardowy

Zanim zaczniesz czytać część trzecią, proponuję najpierw przeczytać część drugą.

*

Nadarzyła się okazja, byśmy wreszcie się poznali. Randkowy portal, w którym wirtualnie spotykały się nasze avatary, urządzał jubileuszowe spotkanie. Wahałem się. Wtedy wysłała mi krótką wiadomość, że będzie wdzięczna, że liczy, że do zobaczenia. Tylko ona mogła mnie tak porwać. I to w jakim stylu to uczyniła. Była tak zalotna, że nie mogłem się oprzeć. Boże, podpowiedz mi, co mam uczynić. Iść i narazić się na śmieszność, kiedy ona odkryje moje uczucia lub zobaczy prawdziwego mnie? A może zostać i wzbudzić niedopowiedzenie, tęsknotę, a nawet pożądanie? A jeśli tam będą tańce, co ja pokażę? Znam tylko jeden układ i to baletowy. W zasadzie dwa, choć to drugie mam jeszcze słabo przećwiczone. Czy to wystarczy? Czy tym tuptaniem mam szansę wzbudzić jej zainteresowanie? Postanowiłem spróbować. Myśl o spotkaniu z nią dodawała mi otuchy. Odkryłem w sobie dużą porcję niespożytej energii i wznowiłem ćwiczenia. Boże, jaką ten taniec sprawiał mi radość. Przećwiczyłem swoją ulubioną, a zarazem jedyną figurę wiele razy. Nawet nauczyłem się wykonywać ją po cichu, bez tupania. Byłem zdecydowany, że pójdę. Kiedy jednak pewny swojej nowej zręczności ćwiczyłem mieszaninę Balance z Allegro i to z zamkniętymi oczami, coś poszło nie tak jak powinno. Zahaczyłem nogą o ławę, z której szybko spadła doniczka z afrykańską trawą. Dbałem o ten kawałek zieleniny jak o relikwię, dlatego dałem szczupaka by ratować ukochaną roślinę. W tym momencie falbanka tylnej lewej nogawki różowego stroju zahaczyła o stojak na kapelusze. Poszło oczko szerokie na trzy palce, ale nieważne. Wspominałem, że uwielbiam kapelusze? Są takie męskie, eleganckie. Dodają też subtelności. Niestety stojak z kapeluszami wywrócił się na donicę i wiele okazów, od lat zbieranych, po prostu się zniszczyło. Szczególnie było mi żal ulubionego melonika koloru łososiowego. Miałem zamiar włożyć go  na wspomnianą imprezę. Strasznie się pogniótł. Uznałem to za znak, że nie powinienem iść. Płakałem długo. Roślinki też nie dało się odratować. Po kilku godzinach szlochań uznałem, że tak miało być. Wszak zakładałem straty. Słyszałem tylko, że pytała o mnie. Że inni też żałowali…

Mniej więcej w tym samym czasie kiedy miała się wydarzyć impreza jubileuszowa, ogłoszono nową zabawę. Internetowy flirt. Cóż za zbieg okoliczności. Ja podkochuję się w mojej bogini i mam ochotę na prawdziwy flirt, a tu takie coś. Od razu przystąpiłem do przygotowań. Wylałem swoje emocje na papier. Notowałem najlepsze jakie znałem romantyczne i dowcipne powiedzonka. Moja miłość szalała. Jedyne, o czym wtedy marzyłem, to o doskonale poprowadzonej grze. Zmysłowej, ale inteligentnej, zwycięskiej. Zacząłem wierszem. Spodobały jej się moje wersy, choć skrytykowała wielokropki. A jak tak lubię wielokropki. Stosuję zawsze wtedy, kiedy chcę zostawić niedopowiedzenie. „Może lubisz niedopowiedzenia, bo tak jest prościej?” – zapytała. „Dlaczego prościej?” – zdziwiłem się. „Można ukryć swoje prawdziwe ja.” – I tu mnie zaskoczyła. „A kogo ty skrywasz pod swoim wizerunkiem? Może jesteś grubym, starym pedałem? A może czternastoletnią dziewczynką?” – Byłem z siebie taki dumny. „Nie zamierzam się tłumaczyć.” – odpisała szybko i wylogowała się.

Ale dlaczego? Halo. Przecież to miał być żarcik. Fakt, niezbyt wysublimowany, taki nie w moim stylu. Przecież wcale nie chciałem jej dopiec! A jeśli tak to odebrała? Już nie zależy mi na zwycięstwie. Oddam pałeczkę, tylko wróć. Miałem nadzieję, że nie przekreśliłem swojej szansy. A może coś jej wypadło? Postanowiłem, że kiedy znów się zaloguje, obsypię ją komplementami. Napiszę tylko do niej. Dla niepoznaki wróciłem do prawdziwego imienia Nosorożec. Zorientowała się, przecież jest cholernie inteligentna. Na szczęście była dyskretna. Ja akurat nie grałem. Przecież tylko dla żartu stosowałem łacińsko brzmiący przydomek. Kiedyś się sprawdzał. Teraz nie był mi już potrzebny. Kiedy zacząłem serię ciepłych słów, znów się wylogowała.

*

Boże, jak ja ją kocham. Co ja bym zrobił, by ją przytulić, by zajrzeć do jej wnętrza. Często zastanawiam się, kto chowa się pod tą kolorową, ruską babą z zamkniętymi oczami i rozdziawioną japą. Nie wiem, czy ma taki stosunek do świata, jaki wynika z jej podpisu. Bałbym się takiej osoby. Czasem kiedy mam nastrój skory do zabawy,  wyobrażam sobie, że z jej wnętrza wyjmuję jej mniejszą wersję. Uśmiechniętą, szczerą, kochającą, oddaną. Z tej mniejszej wychodzi jeszcze mniejsza: zatroskana. A może rozżalona? Czasem mam wrażenie, że ta ostatnia, ta najmniejsza ma usteczka skręcone w dziubek. Jest podszyta ironią, ale nie jest złośliwa. Pytanie, czy to faktycznie ona.

Czasem śni mi się po nocach, że z jej wnętrza wychodzi mniejsza wersja z wąsami. Koszmar. Czuję, że chce mnie zaprosić do rywalizacji. Wtedy znów włącza mi się testosteron, zrzucam z siebie różowe fatałaszki i mam ochotę ją potraktować taranem. Zetrzeć się z nią. Jak mężczyzna z mężczyzną. To taka czuła, ale pełna testosteronu gra. Wtedy zawsze wygrywam, bo jestem silny i męski. Triumfuję i nie zostawiam rannych. Długo potem karmię się zwycięstwem. Czasem nawet nabijam się z niej.

Po euforii zwycięstwa i bombardujących drwinach zastanawiam się, czy nie przesadzam, czy nie płoszę tej niebogi. Zaczyna mi jej być szkoda. Żeby ją pocieszyć, wysyłam samotne mrugnięcia okiem. Wyobrażam sobie, że to nasz kod. Ona wyraża podziw dla mojej gry dość często, ale ja obdarowuję ja komplementami rzadko. Żeby się nie wydało. Zresztą wolę smakować. Cenię dobrze przyprawione danie. Kiedy do jednego kotła wrzuci się więcej przypraw, wyjdzie niestrawna breja. Dlatego cyzeluję, dopieszczam. Co jakiś czas podkręcam. Nie jestem już nosorożcem o kamiennym sercu. Dziś wstydzę się tamtej postaci. Przyznaję, że to była maska. Teraz mam ochotę wyjść na środek wielkiego placu i wykrzyczeć całą miłość do niej. Nago. Już się nie wstydzę uczuć. Nie wykręcam się afrykańskim sianem, by nikt się nie zorientował, gdzie leży prawda.

Czy kiedyś spotkam się oko w oko z moją matrioszką? Chciałbym powiedzieć, że nie na darmo moje serce bije szybciej. Że w jakimś celu zmieniam się z gruboskórnego zwierzęcia we wrażliwą istotę  o gołębim sercu i subtelnej naturze. Ufam, że kiedyś przynajmniej poznam jej prawdziwe oblicze. Marzę, by ze mną zatańczyła przy dźwiękach fletu albo harfy. Mogę marzyć? Kto mi zabroni. Wymyślam o nas różne historie, jak ta z portalem randkowym. Tak sobie wyobrażam nasz kontakt. Przecież to tylko marzenia. I co z tego. Przecież wiem, że taka miłość z góry skazana jest na porażkę. Choć naprawdę jestem bardzo czułym rogaczem, wiem, że wzdycham do osoby, która ma serce z drewna.  I w dodatku jest z obrazka. Jak ja.

Koniec.

Oczywiście. Pa. :)

 

Rolnik szuka wrażeń, czyli… jak telewizja realizuje misję publiczną.

Standardowy

„…1. Publiczna radiofonia i telewizja realizuje misję publiczną, oferując, na zasadach określonych w ustawie, całemu społeczeństwu i poszczególnym jego częściom, zróżnicowane programy i inne usługi w zakresie informacji, publicystyki, kultury, rozrywki, edukacji i sportu, cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i niezależnością oraz innowacyjnością, wysoką jakością i integralnością przekazu….”

Ileż w dzisiejszych czasach telewizja publiczna (jak i prywatna) musi się nakombinować, żeby za jednym zamachem przyciągnąć widza i zarazem zrealizować misję.  Słyszałam, że był taki program „Rolnik szuka żony”. Nie oglądałam. Uznałam, że szkoda czasu. Tym bardziej nie zamierzałam o tym pisać, zwłaszcza, że wiele znamienitych osób poświęciło sporo uwagi nowemu zjawisku. Do czasu…

Kiedy dowiedziałam się, że to właśnie ten program otrzymał statuetkę Telekamery w kategorii program rozrywkowy postanowiłam sprawdzić co to za cudo. Wystarczyło wygooglać słowo „rolnik” i niczym z baśni tysiąca i jednej nocy wysypał się pełen przekrój przygód rzeczonego Rolnika. Jak się okazało jeden z bohaterów po sukcesie programu zdążył zagrać w teledysku disco polo, wystąpić w Familiadzie (polecam obejrzenie), a teraz ma być gwiazdą celebryckiego show i na oczach milionów wskoczyć do wody z wysokiej wieży tworząc niewyobrażalny plusk. No jestem pod wrażeniem.

Zastanawiam się zatem, dlaczego ten program ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Przecież opowiada miłosną historię, z przesłaniem, pokazuje piękny obraz polskiej wsi. Nie rozumiem tych hejtów. Szukając odniesień do ustawy z dnia 29 grudnia 1992 roku o radiofonii i telewizji nie mam złudzeń, że „Rolnik szuka żony” wpisuje się idealnie w misję publiczną. Zatem dlaczego są tacy, którzy się czepiają? Powiem wam w sekrecie: to zazdrośnicy. Poniżej kilka cytatów broniących mojej tezy:

„1 a. Do zadań publicznej radiofonii i telewizji, wynikających z realizacji misji, o której mowa w ust. 1, należy w szczególności: 1) tworzenie i rozpowszechnianie programów ogólnokrajowych, programów regionalnych, programów dla odbiorców za granicą w języku polskim i innych językach oraz innych programów realizujących demokratyczne, społeczne i kulturalne potrzeby społeczności lokalnych; 2) tworzenie i rozpowszechnianie programów wyspecjalizowanych…

…7) popieranie twórczości artystycznej, literackiej, naukowej oraz działalności oświatowej i działalności w zakresie sportu… …8a) uwzględnianie potrzeb mniejszości narodowych i etnicznych oraz społeczności posługującej się językiem regionalnym….

…2. Programy i inne usługi publicznej radiofonii i telewizji powinny: 1) kierować się odpowiedzialnością za słowo i dbać o dobre imię publicznej radiofonii i telewizji; 2) rzetelnie ukazywać całą różnorodność wydarzeń i zjawisk w kraju i za granicą; 3) sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu się opinii publicznej; 4) umożliwiać obywatelom i ich organizacjom uczestniczenie w życiu publicznym poprzez prezentowanie zróżnicowanych poglądów i stanowisk oraz wykonywanie prawa do kontroli i krytyki społecznej; 5) służyć rozwojowi kultury, nauki i oświaty, ze szczególnym uwzględnieniem polskiego dorobku intelektualnego i artystycznego; 6) respektować chrześcijański system wartości, za podstawę przyjmując uniwersalne zasady etyki; 7) służyć umacnianiu rodziny; 7a) służyć kształtowaniu postaw prozdrowotnych; 7b) służyć propagowaniu i upowszechnianiu sportu; 8) służyć zwalczaniu patologii społecznych…”

Teraz chyba nie macie złudzeń. ;) Pa.

Na skróty… czyli jak się nie nagadać.

Standardowy

        Wzorem języka angielskiego (i nie tylko) nasz rodzimy system porozumiewania się ulega uproszczeniu, żeby nie powiedzieć degradacji. Szczególnie jeśli chodzi o jego zapis. Kiedy miałam naście lat, pamiętam, że się mówiło (również pisało) „do zo”, co miało znaczyć „do zobaczenia”. Obserwując dzisiejszy język, stwierdzam, że nasze nonszalanckie „do zo” było zaledwie wierzchołkiem góry.

       Nowoczesne społeczeństwo komunikuje się ze sobą najczęściej nie w realu, tylko w świecie wirtualnym za pomocą krótkich, prostych, często poobcinanych słów. Nie stosują zasad gramatyki, ortografii, nie wspominając o interpunkcji. Mogłoby się wydawać, że idea powstała wtedy, kiedy sms-y były dużo droższe niż dziś. Wtedy każdy znak był na wagę złota. Koszt zmuszał nadawcę wiadomości do zwięzłej wypowiedzi. Ale dziś? Kiedy pakiet 1000 sms-ów kosztuje zaledwie kilka złotych też działają te same prawidła? Okazuje się, że wcale nie chodzi o oszczędność, tylko o prostotę. By się nie narobić. Poprosiłam pacholę, by mi wytłumaczyło na jakimś przykładzie. Dobrze, że mam myślące dzieci i zawsze mogę się do nich zwrócić o pomoc w takiej nowoczesnej sprawie. Wystarczyło podać przykład i zrozumiałam. Sms o treści „nie moge mam szla stary byl u torby jest prze” należy rozumieć następująco: „Droga Przyjaciółko, nie mogę się z tobą spotkać, bo mam karę. Mój kochany tatuś był wczoraj w szkole, spotkał się z panią nauczycielką, a ona pokazała mu moje oceny. To dla mojego dobra.” Faktycznie. Co za oszczędność! Od razu wprowadziłam skróty w swoim sposobie komunikacji. Kiedy mam ochotę zapytać koleżankę, czy możemy swobodnie porozmawiać, wysyłam jej sms o treści: „?”. Zwykły pytajnik niczym szyfr Enigmy szybko wszedł do naszego języka.

        Inna moja koleżanka kiedyś się pochwaliła, że ma taką koncepcję, nota bene genialną, że klawiatury komputerów i telefonów powinny mieć klawisz „ok”. Ileż by to uprościło! Obawiam się jednak, że producenci komputerów i telefonów dawno wpadli na taki pomysł, ale celowo go nie realizują. Przecież wprowadzili niezliczoną ilość emotikonów, które w czytelny sposób zastępują konkretne wyrażenia, a nawet kilka zdań. Być może producenci liczą, że język ulegnie kolejnym uproszczeniom i zamiast „ok” będziemy po prostu pisać „o”. Tym sposobem język wróci do korzeni: Rg, md, ghy, ły, e, ble, brum, u?, łe, o… Na tym kończę. Pa. Przepraszam, miało być samo P. 

Kocham pana, panie Heńku ze sklepu rybnego. Część trzecia, ostatnia.

Standardowy

Część trzecia, ostatnia.

Szedłem cały dzień. W końcu straciłem siłę. Przecież nie jadłem od kilku dni. Kiedy rozglądałem się za czymś zjadliwym, usłyszałem warczenie  łysego ratlerka. Taki szczur? Na mnie? Żart. Byłem przecież od niego dwa razy większy. Pomijam, że jakbym go pacnął pazurem, to bym go przeciął na pół. A ten tu na mnie szczeka. Odważniak, bo przypięty smyczą do swojej pani.

Kiedy jednak ratlerek wyrwał się z niewoli, postanowiłem inaczej sprawdzić ostrość swoich pazurów i wdrapałem się na drzewo. I wtedy zobaczyłem nasze miasteczko w pełnej krasie. Ależ to była wspaniała panorama. W tym momencie pożałowałem, że wcześniej byłem takim leniwym kotem. Przecież zamiast siedzieć w domu, mogłem częściej podziwiać takie widoki. Mogłem przecież spacerować po dachach, przeskakiwać z drzewa na rynnę, wdrapywać się po sznurze od bielizny na anteny. Pewnie miałbym spenetrowaną całą okolicę i wiedziałbym gdzie znaleźć sklep rybny, w którym pracuje Heniek. Po chwili na drzewo wdrapała się Pusia, szara, dziko żyjąca kotka dachowa.

- Miau – zagadnęła niby od niechcenia, choć brzmiało to dokładnie jak: „Ale kociak. Zgubiłeś się przystojniaku?”

- Miau – odpowiedziałem, choć w moim przypadku miało to oznaczać: „Nie jestem tym, za kogo mnie bierzesz. Czy wiesz, gdzie jest sklep z rybami?”

Wskazała mi drogę. Chyba liczyła na coś więcej, ale dla mnie była tylko zwykłą kocicą bzykającą się z każdym napotkanym samcem. Ja kochałem kogoś innego i nie miałem ochoty na żadne przypadkowe figle. Tym bardziej, że byłem wykastrowany.

Wyruszyłem dziarskim krokiem. Po drodze skosztowałem kilku smakołyków, które znalazłem w mijanych śmietnikach. Kiedy dotarłem do celu, postanowiłem wejść bezzwłocznie.

- Spierdalaj, sierściuchu! – krzyknął na mój widok Heniek.

- Miau – powiedziałem najsłodziej jak potrafiłem, co miało oznaczać: „Nie odtrącaj mojej miłości.”

Nie zrozumiał. Wypchnął mnie z impetem na zewnątrz. Chciał nawet mnie kopnąć, ale nie zdążył. Znów patrzyłem na niego tymi swoimi smutnymi oczami. Nie zrobiło to na nim wrażenia. Był kompletnie nieczuły. Mój Heniek mnie odtrącił. Czekałem kilka dni przed sklepem i zerkałem nieśmiało przez witrynę. Wysyłałem mu smutne spojrzenia, miałczałem znane mi meksykańskie zaklęcia i serenady, modliłem się. Nic nie skutkowało. Nie pozostało mi nic innego, jak wrócić do Żanety i czekać na cud.

Droga powrotna trwała wiele dni. W międzyczasie schudłem ze dwa i pół kilograma. To było około jednej trzeciej wagi mojego ciała. Nie tylko z powodu braku pożywienia, ale dlatego, że byłem zrezygnowany. Chyba musiało to wyglądać komicznie, bo maszerowałem, jakby nie istniał cały świat. Co ja sobie wyobrażałem? Nawet kiedy psy na mnie szczekały, nie zwracałem na nie uwagi. Chyba było mi wszystko jedno, czy któryś mnie pożre. Zresztą nie najadłby się za bardzo. Wraz z utratą wagi mój wygląd zmienił się nie do poznania. Nie byłem już leniwą, ospałą kicią kanapową, maskotką swojej pani, tylko kotem z krwi i kości. Nawet czułem na sobie zazdrosny wzrok innych kotów.

Podczas marszu długo myślałem. Chyba pogodziłem się z faktem, że moja jedyna miłość mnie nie dostrzega. W tym ciele nie mogłem być partnerem mojego Heńka. Kiedy dotarłem do domu, moja pani płakała ze szczęścia. Ona chyba naprawdę bardzo mnie kochała. Czułem się potrzebny i doceniony. Odżyłem. Kiedy napakowała mi karmy do miseczki, jak to zwyczajowo czyniła, ostentacyjnie odszedłem. Chciałem, by wiedziała, że zacząłem dbać o sobie. Na wypadek, gdyby kolejnym wcieleniem Heńka była jakaś samica kota. Po kilku dniach Wenus również zaczęła się odchudzać.

*

- Pamiętasz, Pipuniu, pana Heńka? – zapytała pewnego dnia moja pani.

- Miau – odpowiedziałem, co miało oznaczać: „A co to za pytanie?”

- Wczoraj mi się oświadczył. Bierzemy ślub za trzy miesiące – oznajmiła radośnie. – Cieszysz się, kotku?

Oczywiście, że się ucieszyłem. Czyli Heniek zamieszka z nami? Będziemy rodziną? Wenus, Heniek i ja. Miauuuu! Jak to się stało, że nie wiedziałem? Kiedy to się stało? Czy dlatego, że Wenus schudła te cztery kilogramy?

- Nie je zbyt wiele – kontynuowała moja pani – jest chudy i uwielbia te ryby, ale i tak go kocham. Przeciwieństwa się ponoć przyciągają. 

- Miau – odpowiedziałem, co miało oznaczać „A jak nazwać uczucie, którym ja darzę twojego narzeczonego?” Nic mi nie odpowiedziała.

Po kilku tygodniach Heniek wprowadził się do nas. Na początku nie było zbyt kolorowo, ale dla mnie najważniejsze było to, że mieszkaliśmy razem. Miałem wrażenie, że mnie nie lubi, że unika, czynił mi przykrości i psikusy. Raz nawet wlał mi skwaśniałe mleczko do miseczki. Żartowniś. I tak go kochałem. Byłem pewny, że to taka gra. Przecież pamiętam, jaką sprawiłem mu przyjemność, kiedy pod peleryną w zakładzie fryzjerskim kiziałem go po łydce. Kłamczuszek. Chyba był też zazdrosny o moją panią. A niesłusznie. Nikt nie musi być o nikogo zazdrosny. Jesteśmy jedną rodzinką. Nawet jeśli udajemy, że się czubimy.

Tak w ogóle, to chyba mnie nie rozpoznał. Nie wiedział, że to ja wtedy wszedłem do jego sklepu. Że to mnie tak nieładnie potraktował. Wybaczyłem mu. Z czasem nasze docieranie przeszło w cieplejszą fazę. Zaczął mnie głaskać, a ja tuliłem się do niego i mruczałem. Wspaniałe chwile. Czasem między nas wchodziła Wenus, ale nie przeszkadzało mi to. To były najcudowniejsze chwile mojego życia. I miały trwać wiele lat, a trwały zaledwie dziewięć miesięcy. Wenus zaszła w ciążę i niestety tuż przed rozwiązaniem oddała mnie do schroniska dla zwierząt. Daleko od domu na wypadek, gdybym zechciał wrócić. Obawiali się z Heńkiem o jakąś toksoplazmozę, czy coś. Miałczałem tak przeraźliwie przez kilka dni, że w końcu opiekun ze schroniska wypuścił mnie z klatki. Kiedy biegłem w kierunku domu, wpadłem pod samochód. Czarny jak smoła fiat rozbryzgał moje ciało po asfalcie. I co? To koniec? Nie. Wtedy wydarzyło się coś niesamowitego. Miałem wrażenie, że przeniosłem się na salę porodową i usłyszałem znajome głosy.

- Macie państwo śliczną córeczkę – powiedziała położna.

- Córeczka? – zdziwiła się Żaneta.

- Kochanie, jaka podobna do ciebie – rozczulił się Heniek, głaszcząc mnie po policzku.  

Położna podała mnie Heńkowi na ręce. Ważyłem trzy tysiące dwieście gramów i miałem zmarszczone, różowe ciałko noworodka. Czułem, że jestem z moją rodziną.

- Ła! Łaaaa! – rozpłakałem się, choć miało to brzmieć raczej jak: „Tak cudownie jest przytulać się do ciebie, Heńku. Teraz już mi nie uciekniesz.”

- Damy jej na imię Maria – zaproponował Heniek. – Bardzo lubię to imię. 

Oczywiście. Pa :)

Kocham pana, panie Heńku ze sklepu rybnego. Część druga.

Standardowy

Część druga.

Kiedy weszliśmy do zakładu fryzjerskiego, w którym pracowała moja pani, zrobiło mi się jeszcze gorzej. Ten zapach ludzkich włosów, perfum i lekki kurz znów spowodował u mnie torsje. Do tego gapiła się na mnie jakaś stara baba.

- Miau! – krzyknąłem, choć miało to oznaczać: „Zorganizuj mi miejsce do zrobienia kupy, bo ci wszystko obesram”.

- Widzę, że ci się podoba, Pipuniu, w naszym zakładzie. To jest pani Zosia, o której tyle ci opowiadałam. – Wenus zamiast się zabrać do roboty, przedstawiła mi starą babę.

- Jaka śliczna kicia – powiedziała pani Zosia.

- Miau – odpowiedziałem, choć miało to zabrzmieć raczej jak „Nie nazywaj mnie kicią, ty stara flądro. Jestem Alejandro, ujeżdżam byki!”

W tym czasie Wenus przygotowała kuwetę i mogłem się niby spokojnie załatwić. Niby, bo gapiły się na mnie obydwie baby.

- Trzeba przewietrzyć – podsumowała moja pani. – To w sumie zakład fryzjerski, a nie publiczna toaleta.

Kiedy pani Zosia otwierała drzwi, by wpuścić trochę świeżego powietrza, do zakładu wszedł on. Zamurowało mnie. Poczułem, jakby serce chciało mi wyskoczyć, podniosło mi się ciśnienie i krew uderzyła do mózgu. Chyba ześwirowałem. Do zakładu fryzjerskiego wszedł mężczyzna, w którym widziałem moją Marię Elenę sprzed lat. Poczułem, że to ona. Choć pachniał rybami, wiedziałem, że w tym ciele kryje się moja meksykańska miłość sprzed prawie stu siedemdziesięciu lat. Moja ukochana.

- Miau! – krzyknąłem na powitanie, choć miało to raczej zabrzmieć „Hola a mi mujer amada!” Nie zareagował.

- Dzień dobry, panie Heńku – powiedziała moja pani.

- Dzień dobry, Żaneto – odpowiedział.

- Strzyżemy jak zwykle? – spytała bez emocji.

Zdziwiłem się. Jak tu nie przeżywać rozmowy z kimś takim? Gdybym tylko mógł zamienić z nim choć kilka słów… Heniek. Piękne imię. Mój. Już cię nie stracę – pomyślałem.

Czułem się jednak trochę nieswojo. Moment, na który czekałem tyle lat przyszedł, a ja byłem w ciele kota i w dodatku miałem sraczkę. Ważne by już teraz nie puścić ani pawia i ani razu nie skorzystać z kuwety, bo co by sobie Heniek o mnie pomyślał.

Jedyne, co od tej chwili chodziło mi po głowie, to jak niezauważalnie wyjść z zakładu z Heńkiem. Jak spowodować, by chciał mnie przygarnąć? I jak zareaguje Wenus? Zrobiło mi się szkoda mojej pani, ale dla Heńka zrobiłbym wszystko. To był naprawdę ktoś, czuło się od niego taką klasę.

Na fotelu usiadł tak zwinnie, że od razu mi zaimponował. Kiedy moja pani nakryła go peleryną i zaczęła strzyc, odniosłem wrażenie, że Heniek stał się bezbronny. Mogłem przystąpić do działania.

- Do naszego sklepu przyjechały świeże ryby – zagaił.

Tak słodko to powiedział ten mój Heniek. Poezja. Jeszcze przez dłuższą chwilę napawałem się tymi słowami. Chyba pracuje w sklepie z rybami. To by tłumaczyło ten zapach. To świetny trop. Spróbuję wykorzystać pozyskaną informację. Zbliżyłem się do niego i zacząłem się łasić. Otarłem się o jego łydkę. Nie widziałem jego reakcji, ale usłyszałem coś jakby westchnienie.

Wyszedłem, by zobaczyć jego minę. Uśmiechał się do siebie. Był rozbrajająco czarujący. Wszedłem z powrotem pod pelerynę i połaskotałem go swoim futerkiem po nodze. Czułem, że mu się podoba. Że między nami jest energia, prawie ta sama, co wiele lat temu.  

- A co ty tu robisz, Pipuniu? – zapytała moja pani, zaglądając pod pelerynę. – Niedobra kicia.

- Miau! – krzyknąłem, co miało oznaczać „Nie wtrącaj się w nieswoje sprawy i nie nazywaj mnie kicią”. Znalazła się Wenus. Cholera jasna.

- Chyba ci rybki pachną, co? – zapytała.

Świetna myśl. Tak. Ja uwielbiam ryby. Łaszę się do mojego Heńka, bo uwielbiam zapach ryb. To jest moja strategia, durna istoto. I nie bierz mnie na ręce przy Heńku.

- Miau! – Tym razem moje „miau!” oznaczało serię siarczystych, meksykańskich wyzwisk.

- Uciekaj kocie, bo przeszkadzasz. – Wenus położyła mnie na drugim fotelu. Nie odebrałem tego jako karę. Usiadłem dumnie i wpatrywałem się w mojego Heńka.

Wyglądał okazale. Był szczupły, ale nie za bardzo. Był znacznie wyższy od mojej pani. Kompletne jej przeciwieństwo. Chyba sam jadał te ryby ze swojego sklepu, bo wyglądał zdrowo. Nie przypominał chłopa, który potrafiłby na jedno posiedzenie pochłonąć  wiaderko ziemniaków polanych miską oleju ze smażenia. Do tego z sześć kotletów, salaterka mizerii i ze trzy desery. Dla mojej pani to była betka. Kompletnie do siebie nie pasowali.

Strzyżenie trwało zaledwie dziesięć minut. Heniek szybko zapłacił i wyszedł. Ale, ale. Tak bez pożegnania? Nawet mnie nie pogłaskał. Co za człowiek? I co ja mam teraz zrobić? Chciałem iść za nim, ale Heniek szybko zniknął za rogiem. Stałem na tylnych łapkach i patrzyłem na niego tęsknymi oczami.

Spędziłem cały dzień w zakładzie fryzjerskim. Ale zgroza. Ileż przewinęło się ludzi, ile zapachów i ile achów na mój temat. Każdy chciał pogłaskać kicię. Nie nazywajcie mnie kicią, do cholery! Podczas powrotu do domu myślałem tylko o Heńku. Chciałem, by mnie wziął na ręce, by przytulił. W domu Wenus dała mi karmę o smaku ryby.

- Miau – rozpłakałem się z tęsknoty za Heńkiem.

- No jedz, Pipuniu. Na pewno cię już brzuszek nie boli, ty wariatko – powiedziała moja pani.

Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego brała mnie za dziewczynkę. Nie wiedziałem. Tym razem było mi wszystko jedno. Nic nie zjadłem.

Głodowałem kilka dni. Cierpiałem. Kiedy moja pani wyszła na klatkę schodową, by wyrzucić śmieci, wpadł mi do głowy wspaniały plan. Odnajdę mojego Heńka i zamieszkamy razem. Zostawiła uchylone drzwi, dlatego bez trudu wyszedłem z naszego mieszkania. Szybko zbiegłem ze schodów . Po wyjściu na zewnątrz budynku nie wiedziałem, w którą stronę się udać, ale czułem, że pomaga mi instynkt. Że intuicja mnie nie zawodzi. Że to był ten moment, kiedy spełniają się najskrytsze marzenia.

Ciąg dalszy w części trzeciej.

Oczywiście. Pa. :)

Kocham pana, panie Heńku ze sklepu rybnego. Część pierwsza.

Standardowy

Poniżej opowiastka o kotku, który kiedy był mały, wyglądał tak, jak ten na zdjęciu.

Miłej zabawy. :)

received_717869114976435

Część pierwsza.

Wierzycie w reinkarnację? Ja wiem, że istnieje. Zresztą trudno nie wiedzieć, skoro się pamięta poprzednie życie. Wiele żyć. To moja klątwa, a zarazem przeznaczenie. Ja po prostu tak mam.

Wszystko zaczęło się w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku. Pamiętam, że mieszkałem wtedy w El Paso na południu Teksasu. Obecnie te tereny należą do Stanów Zjednoczonych Ameryki, ale w owych czasach to miasteczko było słynącym z hodowli bydła ośrodkiem w północnym Meksyku. Byłem przystojnym, choć pochodzącym z biednej rodziny, najzdolniejszym vaquero w okolicy. To taki kowboj, tylko z jeszcze dzikszego zachodu. Byłem wyjątkowy, dlatego mogłem robić to, czego nie wolno było robić podobnym do mnie. Pasałem krowy, ujeżdżałem mustangi, czasem pracowałem przy organizacji walk byków. Rodzice zadecydowali, że mam się ożenić z Enriquetą de la Riviera. Ta rozkapryszona, otyła i głupia, ale z bogatej, ranczerskiej rodziny jedynaczka, upatrzyła sobie mnie, kiedy powaliłem ćwierćtonową bestię podczas zawodów. Pan Rodrigo de la Riviera, ojciec Enriquety był również pod wielkim wrażeniem. Chciał mieć właśnie takiego zięcia. Zaoferował moim rodzicom sporo pieniędzy za mój ślub z jego córunią. Zresztą imponowałem mu. Znałem się na swoim fachu i nie bałem się niczego. Byłem prawdziwym macho. Mojej rodzinie targ ślubny pozwoliłby na wyjście z kłopotów finansowych, ale w moim sercu nie było miejsca dla drugiej kobiety. Tam niepodzielnie rządziła Maria Elena Perez, najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek widziałem. Kochałem ją nad życie i z nią chciałem dzielić swoje łoże. Wbrew decyzji rodziców wzięliśmy potajemnie ślub w pierwszą sobotę maja tysiąc osiemset trzydziestego ósmego roku. Trzy dni później zostałem zastrzelony przez Miquela. Zlecenie, które otrzymał ten zabijaka, kosztowało raptem siedemnaście peso, choć zapewne pałający zemstą za zhańbienie córki Rodrigo, zapłaciłby za moją głowę wszystkie pieniądze świata. Nie pozostało mi nic innego, jak czekać, aż kiedyś spotkam się z moją ukochaną. Nieważne kiedy. Nieważne gdzie. Pomimo że los dał mi dar pamiętania wszystkich kolejnych wcieleń, nadal czułem się tym meksykańskim chłopakiem o imieniu Alejandro.

*

Oto historia, która wydarzyła się naprawdę, w małej miejscowości na Podkarpaciu, na początku dwudziestego pierwszego wieku. Byłem wtedy obrzydliwie tłustym kotem płci męskiej. Moje wrednie brzmiące imię, Pipunia, nadała mi moja pani, Żaneta Kalinowska, zwana przez przyjaciół Wenus. Nieprzyjaciele nazywali ją Beka. Ponoć nie traktowała tego przezwiska jak dotkliwą obelgę, ale po cichu czasem płakała wieczorami. W słodki sposób sama nazywała się Obszerną Dziewczyną. Twierdziła też, że swojej tuszy się nie wstydzi. Po prostu lubiła dużo i dobrze zjeść. Przy okazji podkarmiała mnie i dlatego wyglądałem jak okrągła włochata kula. Moją panią było stać na kupowanie dużej ilości jedzenia, ponieważ nie wydawała, jak inne kobiety w jej wieku, zbyt wielu pieniędzy na ubrania i kosmetyki. Uważała to za zbytek. Nie malowała się i posiadała dość skromną garderobę. Miała raptem trzy sukienki: jedną na wiosnę w kolorowe grochy, drugą na zimę z wełny i trzecią przejściową w poziome, szerokie biało-czarne pasy.  Wystarczało. Po prostu nie przywiązywała wagi do wyglądu. Dla niej liczyło się to, co miała w głowie. Liczyła się tylko jej inteligencja, a także jej dusza. Prawdziwa Wenus. Sto szesnaście kilogramów przy wzroście sto pięćdziesiąt trzy centymetry. Kula. A dokładnie sfera ze spłaszczonym biegunem północnym. Piękne i dumne centrum galaktyki. Tak o sobie mówiła, kiedy myślała, że nikt jej nie słyszy. Ale ja ją słyszałem i niestety rozumiałem. Odkąd skończyła zawodówkę, czuła się dorosła i samodzielna. Zarabiała na swoje zachcianki fryzjerstwem i stać ją było na wszystko. W jedynym zakładzie fryzjerskim w promieniu dwudziestu siedmiu kilometrów na dziale męskim pracowały tylko dwie osoby: pani Zosia i ona. Ale to u mojej pani strzygli się wszyscy mężczyźni, od kiedy pani Zosia zahaczyła brzytwą ucho sołtysa. Pani Zosia była ślepa jak kret i zostały jej tylko dwa lata do emerytury. Chyba się z tym pogodziła, że jej rolą stało się zamiatanie włosów z podłogi. Jak pojawił się bogatszy klient, którego stać było dodatkowo na mycie głowy, trafiał na fotel pani Zosi. W tym względzie jej talent wydawał się nie mieć sobie równych. Ach, te opowieści mojej pani o przygodach związanych ze strzyżeniem. Nuda. Stałem się naprawdę bardzo leniwym kotem. Nic mi się nie chciało. Marzyłem tylko o mojej Marii Elenie z El Paso. Mi amor, czy my się kiedyś jeszcze spotkamy?

Pewnej środy zabolał mnie brzuszek. Mnie z przejedzenia? Wyobrażacie sobie? No tak. Wymiotowałem kilkakrotnie i znakowałem swój teren jakąś śliską breją. Miauczałem przy tym przeraźliwie. Moja pani bardzo to przeżywała. Była troskliwa i czuła. Gładziła mnie delikatnie swoimi opuchniętymi palcami po żeberkach. Nie mogę powiedzieć, że było mi jak w niebie, bo nie wiem, co to niebo, ale to było dosyć kojące.

- I co ja mam z tobą zrobić? Muszę iść do pracy – powiedziała.

- Miau – odpowiedziałem, choć raczej chciałem, by zabrzmiało to jak: „Daj mi spokój. Troszkę sobie jeszcze posram i mi przejdzie.”

- Nie mogę cię zostawić w takim stanie, moja Pipuniu. – Wenus wyraźnie miała kompletnie inne plany niż ja. Choć z tym sraniem to ja nie żartowałem. – Zabieram cię ze sobą – powiedziała.

Szybko spakowała moją kuwetę do jakiejś obrzydliwej torby, a żwirek przesypała  do worka, z którego wcześniej był wysypywany. Mnie wstawiła do przenośnej klatki, która zawsze będzie mi się kojarzyć z wizytą u pana doktora. Klatkę ze mną położyła na przednim siedzeniu swojego samochodu. Nie lubiłem podróżować, bo miewałem chorobę lokomocyjną. Tym razem też nie byłem w stanie powstrzymać uciekającej z mojej buzi wydzieliny. Troszkę napaskudziłem, ale lekko mi ulżyło.

Ciąg dalszy w części drugiej…

Oczywiście. Pa. :)

Postanowienia noworoczne.

Standardowy

         Prawie każdy z nas czyni postanowienia noworoczne. Nie jestem wyjątkiem w tym względzie. Sądzę jednak, że mój małżonek tego nie robi, bo zazwyczaj pierwszy dzień nowego roku trwoni na poważnym kacu. Ja co roku wtedy się nudzę i muszę oglądać głupią telewizję. Dziś nie nudziłam się wcale. Wpadłam na genialnym pomysł i postanowiłam od razu go zrealizować. Żeby wspomóc tego mojego nieroba obmyśliłam za niego JEGO postanowienia noworoczne. Jak kac się skończy, będzie miał jak znalazł. Kiedy wyobraziłam sobie, że jestem w jego głowie, szybko zdałam sobie sprawę, że lista powinna ograniczyć się maksymalnie do dziesięciu postanowień. Więcej ta ilość komórek nie obrobi.

Zatem mężu, oto efekt moich kilkugodzinnych przemyśleń. Nie musisz dziękować.

Twoje postanowienia noworoczne na rok 2015:

1. Jeść tylko wtedy, kiedy czuję prawdziwy głód;

2. Nie pić alkoholu;

3. Spotykać się z koleżkami tylko wtedy, kiedy nasze żony odpoczywają w Spa;

4. Nie odkładać naprawy domowych usterek na następny dzień; 

5. Dawać żonie prezenty bez okazji; 

6. Nie oglądać się za obcymi kobietami;

7. Być serdecznym dla mamusi mojej żony, zwłaszcza podczas ulubionych, cotygodniowych pogawędek;

8. Mówić żonie przynajmniej trzy komplementy dziennie;

9. Mówić tylko prawdę zarówno żonie jak i jej mamusi;

10. Nie przeklinać, bekać, puszczać bąków, drapać się w kroku. Golić zarost na twarzy przed codziennym sexem, używać dezodorantu przynajmniej raz na dwa dni, maksymalnie raz w miesiącu obcinać paznokcie u stóp, codziennie zmieniać skarpetki i myć zęby.

Tylko tyle. Wierzę, że będziesz je dotrzymywał. W przyszłym roku mógłbyś dodać do tej listy kolejne dziesięć. Mam kilka pomysłów. Pa.